Dezinformacja kosztuje życie. Media w obliczu pandemii

zdjęcie ilustracyjne maszyna do pisania
Po wybuchu pandemii koronawirusa na całym świecie zaobserwowano znaczący przyrost fake newsów dotyczących choroby covid-19 i sposobu walki z nią. Czy media stanęły na wysokości zadania i uspokajały odbiorców czy raczej nakręcały spiralę strachu?

Na te pytania stara się odpowiedzieć prof. Marek Sokołowski (na zdj.), kierownik Katedry Socjologii UWM w najnowszej książce, która ukazała się pod jego redakcją: „Zatruta studnia”? Media w czasach pandemii COVID-19”.

 – Panie Profesorze, jak doszło do powstania książki?

 – W  2020 roku przygotowywałem wieloautorską monografię naukową „Przekonać, pozyskać, skłonić. Re-wizje. Teoretyczne i praktyczne aspekty propagandy”, w której sporo miejsca zajęły zagadnienia manipulacji, w tym manipulacji medialnych. Stawiałem wówczas pytania, czy w dzisiejszym świecie możemy obronić się przed medialną manipulacją i dezinformacją? Przy współczesnym zaawansowaniu technicznym, rozwoju telefonii komórkowej i nowych mediów cała trudność paradoksalnie polega głównie na nadmiarze informacji oraz braku możliwości ich weryfikowania. Istotny jest tu czas, którego mamy po prostu za mało, aby wszystkie informacje, które do nas docierają, sprawdzić w kilku źródłach. To brak czasu każe nam zrezygnować ze zdobyczy współczesnej analizy naukowej i skazuje nas na odbiór informacji opartych jedynie na wiarygodności owego źródła, obdarzania go zaufaniem lub nie. Ale co w sytuacji, gdy owo metaforycznie pojmowane źródło jest skażone? Celowo zanieczyszczone, a może nawet zatrute? Monografia, o której wspominam, powstawała na przełomie marca i kwietnia 2020 roku, w szczególnym momencie. Polska, Europa, praktycznie wszystkie państwa świata zostały zainfekowane koronawirusem SARS-Cov-2, sytuacja była, i nadal jest, bardzo zmienna i trudno było przewidzieć, co jeszcze się wydarzy. Zostały zamknięte granice państw, szkoły, uczelnie wyższe, instytucje kultury i sportu, gastronomia, zakłady usługowe. Wielu ludzi zachorowało, tysiące zmarło z powodu COVID-19. Dramatyczne i wręcz drastyczne wiadomości docierały z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, USA, Chin, Brazylii, Indii. Świat stanął nad przepaścią i wielu ekspertów już na wczesnym etapie pandemii dowodziło, że po jej ustaniu nic nie będzie już takie same.

Skala ludzkich traum i tragedii wciąż jest trudna do oszacowania. W ocenie psychologów zamknięcie w przymusowej izolacji tysięcy ludzi uderzyło w ich psychikę, paraliżowało strachem, wywołującym depresje, nerwice, choroby psychosomatyczne. Już wówczas zastanawiałem się, jaką rolę w czasach pandemii pełniły i nadal pełnią media.

 – Czy media sprostały zadaniu rzetelnego informowania o tym, jaka jest skala epidemii? Uspokajały czy raczej nakręcały tę spiralę strachu?

 – Jednoznacznej opinii w tej kwestii nie ma i nie będzie, i temu poświęcona jest niniejsza monografia, która jest próbą odpowiedzi na pytanie o rolę mediów w czasach pandemii. Już w kwietniu ubiegłego roku zauważyłem, że wraz z realnym wirusem nadspodziewanie szybko rozprzestrzenił się wirus dezinformacji, niepewności, zwykłego ludzkiego strachu, podsycany przez media atmosferą zagrożenia, wręcz apokalipsy, która zniszczy ludzkość. Wirus nieprawdziwych informacji, fake newsów najszybciej zainfekował media społecznościowe.

 – W książce porównuje Pan Profesor informacje do zatrutej studni.

 – Tak, starajmy się być jak John Snow, brytyjski lekarz, pionier stosowania zasad higieny w medycynie, odkrywca przyczyn epidemii cholery w Soho w Londynie w 1854 roku, który podejrzewał, że powodem jest zanieczyszczenie wody. Podszedł on do problemu bez emocji i przesądów: racjonalnie i naukowo. Doszedł do wniosku, że powodem epidemii jest zanieczyszczona woda pochodząca z pompy przy Broad Street. Zatem „czerpiąc” wiedzę z mediów, „pobierając” ją z różnych źródeł, „zasysając” ją z  Internetu, „pompując” ją do innych ludzi przez media społecznościowe, pamiętajmy, jak Snow, że nie z każdej studni można „pić” bezpiecznie.

 – Przypomnijmy, co się działo w marcu ubiegłego roku i jak to wyglądało w mediach.

 – Zaczęło się jak zwykle w tego typu sytuacjach – od niepokojących danych, które spływały z wielu krajów świata. 1 marca w Tokio, sceneria jednego z największych maratonów na świecie, zwykle przyciągającego około 40 tys. uczestników. Telewizyjne kamery pokazują nielicznych kibiców wzdłuż trasy biegu, wolontariuszy z maseczkami zakrywającymi twarz, ledwie kilkuset zawodowców, mających zgodę organizatorów na udział w zawodach. Komentatorzy sportowi spekulują: czy Japonia odwoła igrzyska olimpijskie, których gospodarzem w 2020 roku miało być Tokio? Niebawem potwierdza się czarny scenariusz, nie tylko igrzyska zostają przesunięte w czasie, ale powoli na świecie odwoływane są wszystkie wielkie imprezy sportowe. Jak jest w Polsce? Pierwszy przypadek COVID-19 został zdiagnozowany w nocy z 3 na 4 marca, 9 marca zakażonych wirusem było już 17 chorych. Ówczesny minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski publicznie stwierdza, że spodziewa się epidemii, wkrótce – w jego opinii – liczby zakażonych będą już trzycyfrowe. W tym czasie Sejm uchwalał przygotowywaną w pośpiechu tzw. specustawę mającą ułatwić walkę z wirusem. Ogłoszenie w Polsce „stanu zagrożenia epidemicznego” nie było zaskoczeniem, ale zaskakująca okazała się skala, radykalizm i tempo wprowadzanych ograniczeń. Od 13 marca jednocześnie zamknięto granice, zawieszono pracę szkół, uczelni i placówek opiekuńczych, hoteli, restauracji, galerii handlowych, kin, teatrów, sal koncertowych i sportowych. Linie lotnicze odwołały połączenia, wielu rodaków utknęło poza krajem. Urzędy zawiesiły pracę, opustoszały miasta, komunikacja publiczna. Wprowadzono zakaz zgromadzeń i wiele niespotykanych wcześniej restrykcji, z  absurdalnym zakazem wstępu do lasu, co przypominało nieformalny stan wyjątkowy. Dla milionów Polaków było to kompletnie nowe doświadczenie, porównywalne jedynie z czasem stanu wojennego z przełomu lat 1981/1982. Zaczęliśmy życie w warunkach narodowej kwarantanny, nikt nie wiedział, na jak długo, z jakimi nowymi obostrzeniami. Oto nagle miliony ludzi – nie tylko w Polsce, lecz na całym świecie – zostało pozbawionych możliwości pracy i zarabiania, zwłaszcza w takich branżach jak gastronomia, rynek usług, turystyka, handel, obawiając się utraty pracy, bankructwa swoich firm. Równie szybko, jak restrykcje mające pomóc w opanowaniu COVID-19, pojawiły się pytania, czy do epidemii koronawirusa władze wielu państw nie fundują społeczeństwom epidemii chaosu, niepewności, strachu? Czy zastosowana efektowna, momentami wojenna terapia antywirusowa nie okaże się w przyszłości społecznie kosztowniejsza od samej choroby? Pisał o tym już w kwietniu 2020 roku Jerzy Baczyński, redaktor naczelny tygodnika „Polityka”: „Wielu lekarzy mówi, że z powodu ogólnej paniki i postępującego paraliżu systemu ochrony zdrowia liczba ofiar walki z epidemią będzie dużo wyższa niż ofiar samego wirusa. W ostatnich dniach ten ton zaczyna być coraz głośniejszy i dobiega z różnych środowisk. Czy ogromne, już dziś trudne do wyobrażenia i do zaakceptowania koszty społeczne, ekonomiczne, psychologiczne, życiowe przyjętej strategii, tzw. supresji – czyli powszechnej kwarantanny i izolacji – są na pewno proporcjonalne do zagrożenia? Czy nie ulegamy wszyscy nakręcanej przez media psychozie, nie poddaliśmy się paranoi? Problem z COVID-19 jest taki, że wciąż utrzymuje nas w stanie dyskomfortu poznawczego. Dociera do nas wiele sprzecznych opinii, prognoz, statystyk. W Polsce co roku umiera ponad 400 tys. osób, codziennie na raka ginie ok. 300 – a tylko w przypadku koronawirusa każdy przypadek śmiertelny staje się wydarzeniem medialnym. Na walkę z wirusem mają zaś pójść pieniądze wielokrotnie wyższe niż te, o które bezskutecznie prosi onkologia. Same obrażające inteligencję paradoksy. Ale przecież, z drugiej strony, znamy symulacje wskazujące, że puszczony wolno wirus zabiłby w krótkim czasie pół miliona Brytyjczyków, 2 mln Amerykanów, a  na świecie przyniósłby 40 mln ofiar – tyle co niszcząca świat przed 100 laty grypa hiszpanka.”

 – W książce używa Profesor terminu infodemia. Co to takiego?

 – Szybciej niż koronawirus rozprzestrzeniają się fake newsy w sieci, dlatego już na początku epidemii w marcu 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organization – WHO) ostrzegła przed pierwszą infodemią – epidemią informacyjną polegającą na istnym zalewie doniesień medialnych, niemających wiele wspólnego z faktami, pojawiających się głównie w mediach społecznościowych, ale również tych głównego nurtu. Dlatego też zaapelowała do gigantów z branży technologicznej, jak Facebook czy Twitter, aby podjęli większy trud w walce z dezinformacją, bo sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Na stronie internetowej WHO 23 września 2020 roku pojawiło się wspólne oświadczenie WHO, ONZ, UNICEF, UNESCO i kilku innych światowych organizacji „W sprawie łagodzenia szkód wynikających z dezinformacji” na temat COVID-19, w którym czytamy, że to pierwsza pandemia w historii, w której technologia i media społecznościowe są wykorzystywane na masową skalę w celu zapewnienia ludziom zarówno bezpieczeństwa, jak i informacji oraz wzajemnej łączności. Zarazem w komunikacie znajduje się definicja infodemii, określanej jako szkodliwy nadmiar informacji przedstawianych zarówno online, jak i offline i obejmujących celowe próby rozpowszechniania błędnych informacji w celu osłabienia prawdziwych wiadomości na temat zdrowia publicznego. Dezinformacja może kosztować życie. Bez odpowiedniego zaufania i prawdziwych informacji testy diagnostyczne pozostaną niewykorzystane, kampanie szczepień lub kampanie promujące skuteczne szczepionki nie osiągną swoich celów, a wirus będzie się dalej rozprzestrzeniał.

 – Wynikiem tego nadmiaru informacji, ale też wprowadzanych restrykcji, jest zmęczenie coraz większej liczby ludzi, którzy zaczynają się buntować i snuć teorie spiskowe.

 – Zaczęło przybywać ludzi kwestionujących istnienie koronawirusa, twierdzących, że wymyśliły go media, aby skupiać na sobie uwagę odbiorców. Przybyło też tzw. koronasceptyków, którzy wierzą w światowy spisek finansowych elit, rozpowszechniających w mediach społecznościowych fantastyczne teorie na temat COVID-19, który został przygotowany, następnie wypuszczony przez jakiś bliżej nieokreślony ośrodek decyzyjny w celu dokonania tzw. depopulacji przeludnionego świata. Inna teoria zakłada, że epidemii nie ma, cała historia jest czystym wymysłem, za którym stoi przemysł produkujący maseczki i płyny dezynfekujące, w innej wersji – przemysł farmaceutyczny, próbujący sprzedać nowy lek lub szczepionkę. Fantastyczne bzdury? Tak, ale cieszące się ogromnym powodzeniem wielu odbiorców, próbujących na własną rękę zracjonalizować wszystko to, co zostało wywołane pandemią. To problem zdecydowanie szerszy i groźniejszy, niż wcześniej zakładano, nie tylko w warstwie medycznej czy ekonomicznej, ale też psychologicznej i kulturowej. Efektem zaistniałej sytuacji jest brak zaufania do uniwersytetu jako instytucji, wiedzy i ekspertów. I tu znów nawiążę do „zatrutej studni”, która sama się nie oczyści. Jest to proces długotrwały, skomplikowany i kosztowny. Ale mając świadomość, jak łatwo jest ową „informacyjną studnię” zainfekować i zatruć, być może bardziej świadomie będziemy korzystać z jej zasobów.

Sylwia Zadworna

w kategorii